|
17.01.06.
Jest ranek. W radiu mówią, że mróz. Wyglądam przez okno: ludzie chodzą szybko, sztywno, skuleni. Na parkingu przed blokiem, opięci kurtkami i płaszczami, zeskrobują z szyb samochodów warstwę zamarzniętego śniegu. Młodzi wykonują szybkie, nerwowe, urywane ruchy. Zeskrobują tylko tyle, ile potrzeba. Starsi są bardziej systematyczni i dokładniejsi. Potem wszyscy odjeżdżają do pracy.
Piję kawę i czytam dziennik Sándora Márai’a. Grzejnik syczy, Chopin gra swoje żarty. Jest rok 1952, Márai przybywa do USA. Pierwsze spotkania z ludźmi, przyrodą, miastem. Jest uważnym obserwatorem, ale w jego myślach dudni jeszcze Stary Kontynent. Czytając myślę, że muszę się nauczyć jeszcze bardziej zwalniać tempo. Inaczej nie da się pisać. Trzeba zrzucić z siebie skorupę zobojętnienia, w jaką obrasta się od najmłodszych lat, wyzbyć się cynizmu. Siedzieć z długopisem w dłoni i białą kartką przed sobą, i szukać. Segregować i szlifować myśli, filtrować szum i oczyszczać zamulone bajoro, jakie nosi się w głowie. Klarowność, krystaliczność, a potem na biel kartki to, co uda się wyłowić. 21.01.06.
Dzwoni Babcia i mówi. Wczoraj w dzień mieliśmy plus dwa i deszcz, a w nocy spadło do minus dwudziestu. Odpowiadam, że u nas, w Toruniu, podobnie, z tym, że bez minus dwóch i deszczu. W sumie nie wiem też, czy było minus dwadzieścia, bo nie mamy termometru.
Babcia musi mieć termometr. Najlepiej jeden na zewnątrz, za oknem, a drugi wewnątrz. Obok termometru w pokoju wisi kalendarz, też nieodłączny atrybut. Na prostopadłej ścianie zegar, kolejny niezbędnik. W ten sposób Babcia, znając czas, datę, temperaturę, wagę, rozmiar w pasie itd., panuje nad światem. Nic nie umknie jej miarkom, odważnikom, probierczym przedmiotom. Mam jednak wrażenie, że gdy się człowiek otoczy tymi wszystkimi urządzeniami, gdy zapanują nad nim wszystkie te cyferki, kreski, wyniki i kalendarzowe rubryki to zgubi coś innego, zgubi tę skalę, której nie da się ująć w matematyczny sposób, której nie da się ot tak obliczyć. 22.01.06.
No cóż, nie mamy termometru, ale mamy radio. Włączamy na wiadomości o dwudziestej drugiej. Zaczynają się od słów: „Polski biegun zimna to obecnie Toruń – minus dwadzieścia siedem stopni”. Uśmiecham się do P., podchodzimy do okna, wyglądamy na zewnątrz.
Wygląda normalnie. Ciemno jest. Żadnych atrakcji, bez fajerwerków, trupów. Nuda. Spoglądam na P., P. patrzy na mnie. Robimy krzywe miny. Mało efektownie prezentuje się najważniejsza informacja tej godziny. Definitywnie nie zrobiła na nas wrażenia. Zawiedzeni zasłaniamy firanę i wracamy do naszych spraw. 30.01.06.
To, że istniejemy w czasie – mamy początek i koniec – jest wielkim darem. Skończoność czasu oznacza ograniczoną liczbę możliwych scenariuszy i wydarzeń. W ten sposób każde z nich staje się wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju.
Nieśmiertelność i nieskończoność zabiłyby ciekawość. Jeżeli wszystko i tak musiałoby się wydarzyć, jeżeli byłoby koniecznością, a nie możliwością, to nie mogłoby pasjonować, skupiać na sobie uwagi. W nieskończoności nie ma euforii, bo zdarzenie jest jednym z nieskończonej liczby zajść, które również muszą nastąpić. Zdarzenie takie nie jest tak doniosłe, jak coś, co mogło się nie zdarzyć, nigdy nie zaistnieć, a jednak – stało się. W skończoności zaś każdy incydent „jest” zamiast nieskończonej liczby innych, które się nie wydarzyły i nigdy nie staną się rzeczywistością. Wieczność ogarnia sobą wszystkie możliwości czyniąc z nich nieuniknioność, a więc – nudę. Skończoność tymczasem pobudza do tego stopnia, że aż otwiera furtkę fikcji. Skoro nie wszystkiego da się dożyć, jeśli nie wszystko można przeżyć, to trzeba braki uzupełnić wyobraźnią. Iluzja to jednak nie wszystko; wszak coś musi ją ukonstytuować. W sukurs przychodzi pisanie, możliwość przelania na papier tego, co „było”. Piórem można porządkować przypadkowość kosmosu. Pomagać jej. Jeśli danego dnia pewnego miesiąca i roku wydarzyło się coś nie po myśli osoby swoje dni spisującej, to nie szkodzi. Przeszłość jest giętka, plastyczna. Pisząc ją ma się nad nią kontrolę. Historii wcale nie trzeba spuszczać z łańcucha. Można coś dodać lub ująć. Ożywić kogoś, bądź uśmiercić. Pisanie usprawiedliwia iluzję; nie utrwalona imaginacja nie miałaby sensu. Pisanie urzeczywistnia ułudę, tak samo jak czytelnik uzasadnia pisanie. Czytając przywracamy przeszłość. Może ona być rzeczywista, bądź przywidziana, to naprawdę nie ma znaczenia. Przecież jeśli pisaliśmy z umiarem, ledwie układaliśmy świat wedle rozsądnego zamysłu, to – mówiąc kolokwialnie – nikt się nie doliczy. Ostatecznie, liczba scenariuszy i tak jest ograniczona, pula dni do wykorzystania kurczy się, dlaczego więc nie pomóc historii, nie ubarwić jej, nie ulepszyć? Rzeczywistość to na dłuższą metę fikcja, więc może lepiej uczynić z niej narzędzie niż pozostawać niewolnikiem? Przeszłość istnieje przecież tylko dlatego, że ma czytelnika, a nie dlatego, że wydarzyła się naprawdę. Jeśli w czyimś dzienniku, pamiętniku, biografii czytamy o jakimś wydarzeniu, to znaczy, że ono miało miejsce. W najgorszym razie wydarza się w momencie naszej lektury. Fikcja nie tyle przeplata się z rzeczywistością, co jest nią. Codziennie miliony zdarzeń przepadają bez wieści, nie można już do nich wrócić, odtworzyć ich. Jest, jakby ich nigdy nie było. A z drugiej strony, można wskrzesić coś, co się kiedyś nie wydarzyło. Oto magia fantazji. W rzeczy samej, rzeczywistość nie jest naszą mocną stroną. To my jesteśmy jej niewolnikami. Nie jest na odwrót. Nie należy się jednak umartwiać; przede wszystkim przecież jesteśmy autorami myśli. Dzięki myśli zrzucamy kajdany rzeczywistości. Myśl żywi się tak fikcją, jak rzeczywistością i – niezależnie od źródła – może być prawdziwa. Nie należy więc dbać o prawdziwość historii. Ufikcyjniając ją, wzbogacając o nowe „fakty” i możliwości, użyźniamy pole myśli, a więc wzbogacamy samych siebie. Guzik mnie obchodzi, czy Andrzej Stasiuk widział w życiu Cygana. I tak fragment „Jadąc do Babadag”, gdy spotyka ich aż pięciu, uważam za najlepszy w całej (słabej) książce, ponieważ przemyca tam wspaniałą myśl. 3.04.06.
Pokój w mieszkaniu pani E. zagracają rupiecie: Człowiek nie wie nawet, ile tego przez lata nazbierał – mówi ogarniając pokój wolno przesuwającą się ręką. – Dopiero, kiedy się wszystko wybebeszy, widać. Półki świecą pustkami. Pani E. wskazuje na torbę, walizkę, plastikową skrzynkę, reklamówki: Pakowałam ot tak, żeby było. Nie wiem, gdzie co upchnęłam, a i tak zajęło mi to trzy dni. Czego nie spakowała – wydała: Przychodzą moje kumy, każę im brać, co chcą. Rodzinie też dałam – mówi pani E. siadając na fotelu. Pytam o rodzinę; wiem, że nie ma jej wiele, a ta co jest – jest dalsza: A tak, przyszła niedawno kobieta, mówiła „ciociu”. Odwiedziła mnie mimochodem, między wizytą u swojej bliższej rodziny, a odjazdem tramwaju – pani E. siada na krańcu fotela. – O, tak siedziała. Ja to nazywam: na pułdupku. Wypaliła cztery papierosy, jeden za drugim i poszła, bo o czwartej spisują liczniki.
Pani E. żałuje, że musi wyprowadzić się do domu pomocy społecznej. Litania jej dolegliwości jest długa, za długa, jak dla jednej osoby. Pani E. mieszka sama, nie ma więc nawet komu zawadzać. Siedzi i czeka: przyjdzie ktoś, czy nie. Ale nikt nie ma czasu nawet na krótkie odwiedziny, a co tu mówić o opiece. Wstajemy na chwilę. Ja – szybko, w jednej chwili, w pół sekundy gotowy do biegu, podskoków, padnięcia na ziemię. Pani E. zaś powoli stawia stopy na podłodze; rękami łapie się oparcia fotela; przerzuca ciężar ciała na lewą stronę, tam koncentruje całą swoją siłę; powoli zmusza do pracy kolejne stawy. Wstawanie oprócz trudności fizycznych przynosi zawroty głowy. Jak się człowiek przeliczy, wykona ruch za szybko – upadnie. Idziemy do łazienki. Pani E. pokazuje lampkę wiszącą nad lustrem: Próbowałam sama, widzisz, śrubki do połowy odkręcone, ale szybko cierpną mi ręce, nie mogę, a chcę zabrać tę lampkę ze sobą. Po chwili znowu siedzimy przy stoliku, odkręcona lampka leży na boku. Pani E. pokazuje mi plan swojego nowego mieszkania. Na całej długości czterometrowej ściany pokoju będzie miała okno. Tuż przy oknie ciągnie się taras – Pani E. wskazuje palcem na kartkę. – Spacerują tu pensjonariusze. Widok z przyjemnie szerokiego okna to kusząca perspektywa – myślę sobie. – Ale ten nieprzerwany korowód snujących się staruszków podoba mi się mniej. Pani E. chwyta moje myśli: Najgorszy będzie ciągły widok tych starych ludzi! Mi potrzeba widoku młodych, zdrowych! Dobrze wiem, że jadę tam umrzeć, a oni jeszcze to przyspieszą. Pani E. nie chce jeszcze umierać. Myślę, że w jej wieku, przy jej stanie zdrowia, w takiej, a nie innej sytuacji – wielu wolałoby śmierć. Ale w tej staruszce zamiast wypalenia jest – niedosyt. Tak mnie potraktowało to moje życie – mówi odprowadzając mnie do drzwi. 26.06.06.
Otworzyło się niebo, spłynął na nas żar, okleiła duchota, a bezlitosna P. wysłała mnie na targ. Gdy przechodziłem między straganami, zobaczyłem jak pewna kobieta podbiega do faceta, wyciąga mu coś z ręki i uderza mocno dłonią w plecy. Słyszę pomruk podziwu: Że się nie bała!
Facet to jakiś pijaczyna koło pięćdziesiątki, mocno wytatuowany, wysoki i chudy, cień człowieka. Zdemaskowany czmychnął szybko. Kradł. Kobiety długo debatowały o tym, co się stało: - Złodziejskie nasienie! - Ale mu przyłożyła! - A jakby oddał? – pyta ktoś. - To i ja bym oddała! - krzyczy bohaterka dnia. - A ja bym podbiegła i też swoje dołożyła – stwierdza pani, u której kupiliśmy pierwsze w tym roku truskawki. Bojowy nastrój zapanował na targu. Kobiety mają jaja. Sam kupiłem cztery po trzydzieści sześć groszy sztuka. |