|
7.04.05.
Ksawery Pruszyński żył 43 lata. Edgar A. Poe – 40. Mikołaj Gogol dożył 42-óch. Bruno Schulz miał więcej szczęścia; zamordowano go, gdy był już pięćdziesięciolatkiem. Taras Szewczenko, gdy umierał, miał o trzy lata mniej. W tym samym roku, co Pruszyński odszedł George Orwell. Był jednak o cztery lata starszy. Tadeusz Borowski życie przerwał licząc 29 lat zaledwie. Rafał Wojaczek – 26. O trzy lata mniej miał Krzysztof Kamil Baczyński, gdy ginął podczas Powstania Warszawskiego. Franz Kafka Poe’go nie dogonił, ale prześcignął Gogola, a Albert Camus zdołał zrównać się wiekiem z Tarasem Szewczenką.
Umierali w walce, w wypadkach, kładły ich choroby, przegrywali z pełnymi widziadeł własnymi umysłami. Popełniali samobójstwa, ginęli zamordowani ot tak – przypadkiem, w biały dzień. Ludzie obok żyli tyle, co ich dwóch, trzech, czasem nawet czterech razem wziętych; ludzie ci przeżywali swoje dzieci, chowali wnuki. I mijali. 17.04.05.
Spacer z domu P. do mojego trwa dwadzieścia minut. Od półtora roku pokonuję tę trasę o każdej porze dnia i nocy. Najlepiej pamiętam powroty, bo te z reguły przypadają na wieczór, noc lub wczesny ranek. Powroty są cichsze, bardziej skupione. I tylko czasem jest bardziej ciekawie, trochę niebezpiecznie, nieco ryzykownie.
Wychodząc od P. przechodzę najpierw przez dosyć specyficzną dzielnicę miasta, przytuloną do rynku, ale pozostającą w jego cieniu; dzielnicę martwą, bo droga przez nią prowadzi donikąd. Można tu wejść i można stąd wyjść. Nie da się jednak tego miejsca przejść, bo z dwóch stron zamknięte jest płotami i fasadami domów. Budynki rosną jeden przy drugim; drogi na wpół wyasfaltowane, na wpół pokryte kocimi łbami są ciasne i jednokierunkowe. W ten sposób powstaje labirynt tak dla ludzi, jak dla samochodów. Labirynt to właściwe określenie. Kiedy pierwszy raz wybrałem się do P. – utknąłem w nim, zgubiłem się w gąszczu wąskich chodników, jednakowych podwórek. Kilka razy powracałem do mojego punktu orientacji, czyli rynku miasta, by po raz kolejny, jedną z kilku wąskich uliczek wejść do wnętrza tego osobnego świata, gdzie człowiek jest sam, choć pod ciągłą obserwacją. Na każdym kroku przechodniowi przygląda się ktoś z okna. Skrycie, zza firanki, bądź oficjalnie. Oficjalnie przyglądają się ludzie starsi, tacy, którzy są do tego profesjonalnie przygotowani – na parapecie leży poduszka, plecy zakrywa kufajka, a za nimi widać fotel, podstawiony tuż pod okno, gdyby trzeba było odpocząć. Ci starsi ludzie patrzą intensywnie i głęboko, prawie zjadają spojrzeniem; ich wzrok jest materialny – jak dotyk. Poddanie się ich spojrzeniu to kontrybucja, jaką płaci się za przejście. Spojrzenie można odwzajemnić lub zignorować. Jeśli wybierzemy to pierwsze – spotkamy oczy zmęczone, spokojne, bez wielkich uczuć i widocznych emocji, ale doświadczone w patrzeniu. Jeśli zignorujemy obserwatora – ten odprowadzi nas podejrzliwym przedłużeniem wzroku ciągnącym się za naszymi krokami. Zaułki tej okolicy, kręte, cieniste drożyny to kraina pijaków, skołtunionych dziadów zajętych swoimi sprawami, wrośniętych w obdarte ściany, o które od tak dawna się opierają. To jest ta część miasta, od której zaczyna się moja droga powrotna do domu. Stąd trafiam na rynek. Widziałem tu niejedno; kobietę przebiegającą przez ulicę, za którą wybiera starszy od niej mężczyzna, łapie ją za poły płaszcza i na środku ulicy zaczyna okładać po twarzy. To tu, na rynku, skradziono mi telefon. Złodziej wbiegł do jednej z kamienic, pobiegłem za nim, trafiłem w zupełny mrok, po omacku dotarłem do wyjścia, przebiegłem przez czyjeś podwórko i znalazłem się ponownie w opisywanym już labiryncie, a tutaj trudno kogoś odszukać. Potem droga w górę, ulicą poczty, urzędu miasta, budynków administracji i wieży ciśnień na horyzoncie. Można tu zarówno zostać spisanym przez policję, jak i oberwać kamieniem od watahy podchmielonych mini-wyrostków. Stąd trafiam w mrok jednego z osiedli. Zaczyna się barem, a potem chodnik, po lewej drzewa i zaparkowane samochody, po prawej rzędy bloków. Później kładka nad nieczynnymi kolejowymi torami i jestem u siebie. Cichy dom skrzypi. 20.04.05.
cZŁOwiek
25.04.05.
Pies Aron. Stary owczarek niemiecki. Jest potężny i wciąż – mimo wieku – wzbudza respekt swoją posturą. Jego schyłek mógłby być ledwie zauważalny. Mógłby. Niestety, kredyt poważania zyskany budową, marnuje swoim stetryczałym postępowaniem. Ludzie, miast z szacunkiem, patrzą nań z politowaniem i irytacją. Inne psy też. Nawet małe, czarnobiałe kurduple z poskręcanymi jak u świń ogonami, które Aron mógłby rozszarpać na kawałki jednym ruchem szczęk, albo pacnięciem łapy.
Problem polega na tym, iż Aron, raz sprowokowany do szczekania, nie kończy przed upływem dnia. Wystarczy, by rano przejechało auto, ktoś przeszedł, wystarczy, by uszu Arona doszedł jakikolwiek hałas. To znak dla Arona, że czeka go kolejny pracowity dzień, że jego szczekanie jest potrzebne, skoro auta nie przestają jeździć, ludzie chodzić, a dźwięki wciąż są słyszalne. Może chodzi też o to, że szczekając przez cały dzień chce udowodnić, że wciąż jest przydatny, że wciąż potrafi najlepiej wykonać robotę, do której został stworzony i dzięki której zawsze ma pełno w misce. Ale to nie jest dla nas istotne. Ważne, że Aron, gdy raz zacznie szczekać – już nie przestanie. Choćby zapadła śmiertelna cisza, nie przestanie szczekać, bo słyszy – własne szczekanie. Będzie więc ujadać tak długo, aż i ono nie zniknie. Patrzymy więc na Arona, a on nie widząc nas wyje sam na siebie. Błędne koło. Pieskie życie. Szczekanie Arona jest tym bardziej irytujące im jest on starszy. A ze względu na to, że się przepracowuje, starzeje się szybciej, zupełnie jakby lata leciały, niczym śniegowa kula. Szczekanie Arona jest nieznośne, gorsze niż ględzenie starego, bezzębnego, charczącego starca, który od siedemdziesięciu lat pali mocne bez filtra i nie ma już w płucach miejsca na powietrze. Taki właśnie jest Aron; po kilku szczęknięciach nabiera powietrza; jest to dźwięk przypominający pompowanie ustami balonu. Kiedy napompuje już swój gigantyczny balon, kiedy już gęsta ślina strudzonego psa cieknie mu z pyska, wtedy szczeka unosząc łeb do góry i kładąc uszy po sobie. To wszystko jest ponad jego siły. Ledwo dyszy i ciężko zipie. Czasem, ze zwieszonym jęzorem, człapie do miski z wodą. Na moment zapada cisza, jeśli nie liczyć słyszalnego wciąż charczenia przy oddychaniu. A cisza w tej części miasta to rzecz normalna – zwyczaj, tradycja. Wszak są to miejskie obrzeża, z okien widać, jak ziemia z ostatniego zabudowanego pagórka opada dywanami pól w dół, do małej, biegnącej w oddali dróżki, a potem są już tylko ciemne, rosnące i ciągnące się aż po horyzont lasy. M. twierdzi, że Aron szczeka na duchy, które są już blisko i przyszły, żeby go zabrać. Jeszcze duchy! Zupełnie, jakby Aronowi nie starczało użerania się z materialnością i całym płynącym z niej hałasem i chaosem. Ale nie martw się, stary psie, każdy kto próbuje zaprowadzić ład, posądzany jest o to, że widzi duchy. 3.05.05.
Nie lubię spać. Wolę wykrawać z dnia jak najwięcej dla siebie. Im więcej chcę zrobić, tym bardziej się mobilizuję, by zanurkować w spanie. Zamykam oczy, by wpłynąć szybko – na jednym oddechu – w tę ciemność i dotknąć dna nocnej regeneracji, po czym błyskawicznie się wynurzyć.
Czasem nawet wynurzam się za szybko. Słyszę wtedy szum w uszach – dowód na istnienie tych głębin otwierających się podczas drzemki i ich innego ciśnienia. 10.05.05.
Gdy w 1939 przyszli Niemcy, nazwę Świby zmienili na Luisenhof. Przyszli znowu w 1941, gdy szli na wschód. Tym razem zostali trochę dłużej. W domu moich pradziadków nocował wtedy Niemiec, który stał na czele przybyłego sztabu. Nie dotarłem do zdjęć, na których mógłbym go zobaczyć, ale widziałem inne – z jego żoną i córką.
Połowica stoi na ganku domu w czarnej sukni długiej do kostek. Od pasa w dół suknia jest zwiewna, a wzwyż – ciasna i przylegająca, zapięta rządkiem białych guziczków po samą szyję. Była blondynką o jasnej cerze, twarz miała spokojną, pogodną. Obok i w oknach stała moja rodzina. Miny poważne, wymuszone uśmiechy. Na innej fotografii córka ściska kota. Jest mała, ma kilka lat i rysy matki. Babcia mówi, że matka nie ruszała się nigdzie bez córki, a córka – bez kota. Meine Mutzie, wołała biegając za kotkiem. Później mąż, ów dowódca, poszedł na wschód, tam gdzie Rosja i front, a żona i córka wróciły do Wrocławia. Dalej nie poszły, zatrzymały się przed tą niepisaną granicą, za którą przed pierwszą wojną był już zabór rosyjski, inna ziemia. Babcia pamięta, że za gościnę dostali karton oranżady i cukierki. Cztery lata później, w roku 1945, przyszli Rosjanie. W stodole pradziadków zaparkowali ciężarówkę; druga stała na zewnątrz i zawsze pilnował jej jeden strażnik. Babcia nie wie, gdzie nocowali ci wszyscy ludzie. W domu mojej rodziny spał tylko dowódca. Przyszedł sam, rozmawiał z pradziadkiem. Mówił, że jest Polakiem z Górnego Śląska, że przyszedł z Rosji. Gdyby oni [Rosjanie pod jego komendą] wiedzieli, że jestem Polakiem, zabiliby mnie, mówił. Spał w domu, na jednym łóżku z pradziadkiem. Wszystko trwało dwa tygodnie. Potem poszli dalej. Babcia pamięta jeszcze smak truskawkowego dżemu, jaki wtedy dostali. I to, że ów Górnoślązak dał prababce banknoty i powiedział: To są nowe polskie pieniądze. Był też spirytus. Amerykański, z lend-lease. 22.05.05.
Do sąsiadów przyjechali goście. Jest wśród nich mała dziewczynka. Mała jest żywa, ruchliwa i wesoła. Biega po podwórku jeszcze z tą niemowlęcą zaszłością – leci do przodu, prawie upada na twarz i tylko szybkie przebieranie nóżkami pomaga jej zachować równowagę. Zatrzymuje się w końcu przy płocie prowadzącym do ciemniejącego zielenią ogrodu. Zauważa prowadzącą do środka furtkę i stawiając kroczki wzdłuż płotu zbliża się doń. Z miejsca, gdzie siedzę furtki nie widać, tracę więc małą z oczu. Po chwili słyszę trzask mechanizmu otwierającego drzwi, a potem powolny, przedłużający się, ospały pisk zawiasów. Jest w tym dźwięku cała ciekawość młodej osóbki wstępującej właśnie do nieznanego, cienistego świata drzew i krzaków, pełnego niespodzianek i kryjówek.
23.05.05.
W łazience, przy kranie nad wanną, młody pająk. Gdy podchodzę i odkręcam wodę ten, przestraszony, zaczyna ucieczkę wzwyż ściany. W jego ruchach widać całkowite przerażenie. Tak bardzo chce się uratować, że prawie potyka się o własne odnóża. Instynkt przetrwania chwycił go tak mocno, że niedoświadczony pajączek prawie się przewrócił zaskoczony bodźcem, jakiego nigdy wcześniej nie doznał. Pozbierał się jednak i ucieka dalej. Biegnąc wyrzuca przed siebie jedną ze swoich czterech patykowatych par nożyn, nurkując przy tym nerwowo do przodu i drżąc ze strachu.
Wystarczyło, bym podniósł rękę do góry o piętnaście centymetrów, by strącić go do wanny, lub nabrał trochę wody w dłoń i zmył go ze ściany. On, nieświadomy tej mojej boskiej przewagi, pędził na złamanie karku, gonił z całych sił, walczył, jak równy z równym. Dopiero jakieś dwadzieścia centymetrów wyżej zwolnił, uspokoił się, poczuł się bezpieczniej. 10.06.05.
Rozbestwienie. Tym słowem Ksawery Pruszyński na kartach „W czerwonej Hiszpanii” (opisującej wojnę domową 1936-39) określa to, co bije z twarzy południowca, gdy wraz z zahipnotyzowanym tłumem spogląda na arenę w miejsce, gdzie kona skrwawiony, umęczony byk dobity ciężarem widowiska, zmiażdżony wyczuwalnym w powietrzu oczekiwaniem ludzi na jego koniec. Zew krwi. Aż – od jej zapachu – poszerzają się nozdrza. Takie są zasady korridy. Na tym polega jej czar.
Hodujemy zwierzęta, by jeść ich mięso. Hiszpanie hodują, by te dostarczyły im rozrywki. Nawet kosztem kłopotów gospodarczych, bo te byki, skazane na śmierć od pik wbitych w kręgosłup, karmione były na najlepszych pastwiskach półwyspu iberyjskiego. Nie zmieniło się to nawet w drugiej połowie lat 30. XX w., kiedy to Front Ludowy odbierał bogatym, by parcelować, a bał się zabrać bykom, bo korrida to najświętsza tradycja. Jak mówi Ksawery Pruszyński, rewolucja rozjechała portale kościołów, ale tanki zatrzymały się przed wrotami areny. 7.07.05.
Przeczytałem pierwszy akapit – ten z Ziemią przypominającą spieczony kartofel – „Kongresu futurologicznego” Stanisława Lema i stwierdzam, że zagłada w wyniku katastrofy kosmicznej byłaby rozwiązaniem najlepszym dla wszystkich optymistów ludzkości, zwolenników człowieka, jego umysłu, starań i osiągnięć. Ci, którzy wierzą, że warto iść do przodu, przeć, wymyślać, odkrywać i tworzyć, mogliby umrzeć z satysfakcją, że oto nie zniszczyliśmy się sami, że nie dokonaliśmy autodestrukcji, czyli nie byliśmy aż tak głupi, jak być mogliśmy.
|